Autor Wątek: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów  (Przeczytany 57736 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline SkandalistaLarryFlynt

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #240 dnia: Październik 29, 2018, 02:33:53 pm »
O ile dobrze pamiętam, to jest jedna scena z Nigelem i nawet wypowiada on jakieś zdanie, ale to podczas wyścigu i jest w kasku.

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #241 dnia: Październik 29, 2018, 03:01:17 pm »
Dzięki :)

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #242 dnia: Listopad 05, 2018, 11:18:35 am »
Przyspieszamy panowie, przyspieszamy. W październiku rozpocząłem zupełnie nowy cykl, który będzie trwał przez ładnych parę miesięcy, a nazywa się ogólnie DC, tak więc moje kolejne podsumowania będą zdominowane przez tytuły z tego wydawnictwa.

 Lektury: Marshal Blueberry (Egmont), X-Men (SBM)*, Wolverine (WKKM, drugie czytanie), Wolverine (SBM), Wonder Woman: Bogowie i śmiertelnicy (WKDC), Wonder Woman: Raj utracony (WKDC), Wonder Woman t. 1-2 (DC Deluxe), Jezioro ognia (NSC)- łącznie 9.
 * dwie historie zawarte w tym tomie traktuję oddzielnie.
 
Najlepszy - Wonder Woman: Bogowie i śmiertelnicy. Kolekcja WKKDC pozwala nam na zapoznanie się z originami i pierwszymi rokami wielu bohaterów (o czym będę miał okazję przekonać się w najbliższej przyszłości), ale niestety te, które czytałem do tej pory – Superman i Liga Sprawiedliwości – nie wywarły na mnie dużego wrażenia. Na odrębnym biegunie stoi natomiast historia walecznej Amazonki, którą się czyta (jak również ogląda) z wypiekami na polikach. Od czasu przeczytania WW w ramach Nowego DC uwielbiam kiedy Diana ściera się z konfliktami wywołanymi przez bogów, a tych w tym tomie jest tego całe mnóstwo. Do tego zgrabne nawiązania do oryginalnej historii wymyślonej przez Moulstona i drobiazgowe rysunki Pereza, które powinny zadowolić każdego. Od tego tomu powinno się rozpoczynać każde dłuższe czytanie przygód WW, ponieważ stanowi idealny odnośnik do pozostałych historii.
 
Najgorszy X-Men: Season one (główna historia zawarta w X-Men z kolekcji SBM). Kolejny odświeżany origin, który stanowi strasznie płytką i chaotyczną historię młodych mutantów wrzuconych do obecnych czasów. Współczesność nie wyszła mutantom na dobre, a do tego język, którym się posługują jest dla mnie niezrozumiały (nie wiem czy to kwestia tłumaczenia czy oryginału?). Ogólnie rzecz ujmując bardzo słaby jest to komiks tak pod względem scenariusza, jak i graficznie.

Zaskoczenie na plus - tym razem aż dwa tytuły:
Wolverine (SBM). Nie jest to oczywiście poziom Millerowego Wolverine’a, ale muszę przyznać, że ten album czytało mi się z nieukrywaną przyjemnością. Oczywiście żadnych psychologicznych przemyśleń czy zapadających w pamięć tekstów tu nie odnajdziemy (choć był ciekawy motyw z odczuwaniem bólu przez Logana), ponieważ Aaron postawił na czystą rozrywkę i w takiej konwencji ten album sprawdza się idealnie. Również rysunki Garney’a były miłe dla oka i świetnie wpasowały się do fabuły. No i super zakończenie historii rozgrywanej w przeszłości, które w zaskakujący sposób opisuje Wolverine’a jako niezłego skur…..
Jezioro ognia. Kolejny typowy akcyjniak, w którym fabuła gna jak szalona do przodu, a krótkie przestoje pozwalają tylko na szybkie nabranie oddechu, by chwilę później rzucić czytelnika w wir kolejnej nieprawdopodobnej akcji. Może intryga nie jest w obecnych czasach zbyt oryginalna (atak krwiożerczych potworów nie z tego świata), ale osadzenie całej akcji w 1220 r. nadaje komiksowi unikalnego smaczku. Wprawdzie wszystkie dramatis personea są raczej jednowymiarowe i można się po nich spodziewać właśnie takiego zachowania jak to ukazano w komiksie (ci „dobrzy” są na wskroś bohaterscy i pomocni, ci „źli” oczywiście okrutni i zawistni), ale zupełnie nie przeszkadza to w kibicowaniu im i trzymaniu kciuków w walce z zupełnie obcym (dosłownie i przenośni) dla nich zagrożeniem. Czytało się to jednym tchem; idealny tytuł na wakacyjny filmowy blockbuster.


 Zaskoczenie na minusWonder Woman t. 1 (DC Deluxe). Niestety zawiodłem się na tym komiksie. Oczywiście nie spodziewałem się niczego na miarę Catwoman czy Gotham Central, ale jednak miałem nadzieję na porządną rozrywkę. Natomiast pierwszy tom przygód walecznej Amazonki pisany przez cenionego przeze mnie Grega Ruckę stanowił w większości rozczarowanie (a w szczególności początki tego tomu). Zupełnie nie potrafiłem wciągnąć się w problemy dyplomatyczne związane z działaniem ambasady Temiskiry, ani jej pracowników, a i sama Diana była taka jakaś mało superbohaterska. Również otwierająca ten tom powieść graficzna Hiketeja była zupełnie mi obojętna. Na szczęście im dalej w las tym było już znacznie lepiej, a tom 2 wszedł na zupełnie inne tory i ta konwencja bardziej przypadła mi do gustu.
 
« Ostatnia zmiana: Listopad 05, 2018, 12:09:10 pm wysłana przez laf »

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #243 dnia: Listopad 08, 2018, 11:39:37 am »
No i po październiku, miesiącu braku silnej woli i nieumiarkowania w zakupach.
 
Lepsze komiksy chyba kupowałem, niż czytałem  :) . Na półkach pojawiło się 38 nowych pozycji, a spis nabytych tytułów w kalendarzu otrzymał nazwę "skup". To wszystko przez WCC w Nadarzynie, gdzie znowu mi się poszczęściło  ;) , oraz promocję w Multiversum...portfel chudy, dziecko z głodu kwili, ale co tam, stos czekających na przeczytanie komiksów rośnie.
Za sukces miesiąca uznaję uzyskanie wolnej powierzchni na półce - ok  0.75 metra bieżącego , dzięki sprytnemu przekłądaniu komiksów.....to było niczym jenga czy puzzle rozgrywane przez waryata, ale się udało :)

Przeczytałem 19 komiksów. W zeszłym miesiącu udało mi się dokończyć kompletowanie drugiego zestawu Sandmana, tym razem w całości po polsku , w twardych oprawach i ze zmienionymi kolorami, które- ku mojemu zdziwieniu i zadowoleniu zarazem- jednak mi się podobają  ;) . Zacząłem więc lekturę od początku, parę lat niektórych tomów nie czytałem. To na pewno jeden z komiksów mojego życia, nie będę się zbytnio rozpisywał. Pomijam go w zestawieniu, bo konkurencja nie walczy w tej samej kategorii wagowej...

Kupiłem też wielbioną przeze mnie w dzieciństwie książkę/komiks M.Piotrowskiego, ,,Szare Uszko'', ale z lekturą czekam na wyjątkowo dobre samopoczucie ;) Zdziwiło mnie , że doskonale pamiętałem niektóre kadry, a czterdzieści parę lat już minęło.... Znakomita inicjatywa wydawnictwa Wolno.
Bardzo chciałbym , żeby ktoś wydał jeszcze reprint  ''Zwariowanej książeczki" Jerzego Jesionowskiego- to dopiero rewelacyjny tytuł!

Dobra, czas na kategorie, których wybitnie nie chciało mi się dziś stosować....

Punkt pierwszy-najlepszy komiks zakupiony

Z kupionych oraz przeczytanych w październiku : nie było tytułu, który zachwycał, większość wywoływała reakcję ''niezłe, całkiem niezłe".
Wyróżniłbym komiksy ze scenariuszami Latoura...Pierwszy to   "Weapon of Choice", ostatni z posiadanych przeze mnie tpb Spider-Gwen. Co ciekawe, zupełnie już nie przeszkadzają mi rodriguezowe różowości - cóż znaczy siła przyzwyczajenia! Druga rzecz- chwalony już przeze mnie na forum "LooseEnds" z rysunkami Brunnera. Lektura przypominała mi seans "Prawdziwego romansu" Tony'ego Scotta . Dużo chaosu, niepokoju, nerwowości...wiarygodne  postaci, sensacyjne zwroty akcji,  niespodziewane zakończenie i świetnie współgrające ze scenariuszem rozedrgane i agresywnie kolorowe rysunki.
 I pomyśleć , że kupiłem to przypadkowo podczas promocji NSC  :)  Znowu obiecałem sobie, że wnikliwie przyjrzę się ofercie Image, bo co i rusz wyskakuje jakiś nieznany mi zupełnie, a dobry komiks.

Na półce czeka m.in . "She-Hulk Complete Collection 1" Slotta, omnibus "Superior Foes Of Spider-Man", bardzo lubiany przeze mnie komplet Nebela, Szambala , Judge D itp, itd Ech, żyć nie umirać :D. Natomiast  już  w  listopadzie przeczytałem "The Vision" Kinga, który to komiks zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Ale o tym- za miesiąc.

2-najlepszy komiks przeczytany : patrz punkt pierwszy.

3-najgorszy komiks zakupiony:

"Uncanny X-Men- Historie małe". Odradzam.

4-najgorszy komiks przeczytany

"Uncanny X-Men- Historie małe". Zdecydowanie odradzam.

5-najwieksze zaskoczenie -

Na początek plus dodatni-   to zakupy poczynione w październiku, nie spodziewałem się, że aż tyle interesujących rzeczy mi się trafi. Niestety, przespałem pierwszy tom zbiorczego Hellboya, i źle mi z tem bardzo, ale może uda się to jeszcze kupić.  Zresztą byłby to już trzeci egzemplarz tych dwóch historii, ale tamte są już dość wiekowe i  taki np. 'Wake the Devil" nosi już ślady zużycia, szkoda mi staruszka ;) Fatalnie się z tym gapiostwem i prokrastynacją czuję. No ale pocieszają mnie m.in. dwa tomy Hellblazera po 15 złociszy :D

Po raz kolejny zaskoczyło mnie Image. A kiedyś sarkałem na Ripclawa, Spawna i inne ich wydawnictwa...zmiany, zmiany, zmiany.

Zaskoczenia negatywne:

Uncanny X- men.
Seria, którą wielokrotnie polecałem na forum, ze znakomitymi rysunkami Bachalo, przyniosła  tom, którego nie chce mi się nawet szczegółowo opisywać.  Czuję się, jakby mnie ktoś oszukał, poklepał lepką rąsią po policzku i powiedział ,,No co, jest gites, nie? No to nara..."
Mam wrażenie, że się powtarzam, ale odradzam z całego serca.

W kategorii rozczarowań traktuję także szeroko reklamowany, "wszechkobiecy", numer 2000 AD : "The Sci-Fi Special 2018".Co prawda, jak to w antologii, mogłem się spodziewać nierównego poziomu, ale żeby renomowane wydawnictwo  pozwalało na aż takie wahania ?
Parę opowiastek w ogóle nie zasłużyło na publikację- żenująco słabe historyjki ilustrowane przez rysunkowo uzdolnione inaczej pańcie...i sytuacji nie ratuje choćby cytowanie utworu Anthraxu z '87. Na szczęście są  w numerze także przyzwoite komiksy, w jednym z nich mamy dla odmiany cytaty z twórczości kolejnej lubianej przeze mnie za młodu grupy, tym razem to Dark Angel  ;) Jednak spodziewałem się duuużo więcej. Po raz kolejny otrzymujemy dowód , że antologie "z klucza" płciowego nie są najlepszym pomysłem.

To tyle, jesli chodzi o październik. Spojrzałem na to, co już przeczytałem w listopadzie i te parę lektur  w zasadzie przebija wszystko z października :D Przynajmniej na chwilę obecną takie odnoszę wrażenie.


UFF! w tym miesiącu z podsumowaniem zdążyłem nieco wcześniej.

ps- w przyszłym miesiącu postaram się ograniczyć emotikony.
« Ostatnia zmiana: Listopad 08, 2018, 11:47:49 am wysłana przez LordDisneyland »

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #244 dnia: Listopad 09, 2018, 01:54:09 pm »
Na półce czeka m.in . "She-Hulk Complete Collection 1" Slotta, omnibus "Superior Foes Of Spider-Man",
Też z miłą chęcią przytuliłbym te omnibusiki. Tom o She-Hulk z WKKM to jedno z największych (oczywiście pozytywnych) zaskoczeń tej kolekcji, a o SFoS-M nie słyszałem jeszcze negatywnej opinii.

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #245 dnia: Listopad 09, 2018, 02:52:17 pm »
Zerknij na promocję w MVRSM,  chyba do jutra trwa, taniej tej SHulk nie widziałem. Ja od chwili przeczytania tego toku kolekcji zwróciłem baczniejszą uwagę na Slotta i bardzo mi się to opłaciło, teraz to jeden z moich ulubionych scenarzystów. Porządny remiecha, jeszcze nie natrafiłem na jego komiks, od którego by mnie odrzucało.

Offline SkandalistaLarryFlynt

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #246 dnia: Listopad 10, 2018, 10:45:28 am »
   Podsumowanie października. Po kilku miesiącach przerwy powrót do superbohaterów. Przyznam się, że nieco się stęskniłem za rajtuzowcami i rajtuzówkami.  UWAGA, UWAGA, ATTENCION, ACHTUNG, WNIMANIE będzie sporo spoilerów fabularnych, więc jak ktoś nie czytał danego komiksu to radzę omijać, mnie tam osobiście takie rzeczy raczej nie przeszkadzają, ale niektórzy są wrażliwi na tym punkcie. Tak więc jedziemy z tym koksem.


1. Najlepszy:

  "WKKM Kaczor Howard" - Steve Gerber, Frank Brunner, Gene Colan. W naszym kraju bohater znany właściwie wyłącznie z odżegnanego od czci i wiary filmu z lat 80-tych. Powiedziałbym, że jestem pewnie jakimś zwichrowanym dziwakiem, ale z tego co widać w internecie, nie jestem specjalnie odosobniony i wiele osób, że film jest całkiem fajny. Jak się wobec tego prezentuje komiksowy oryginał? Dużo, dużo lepiej, miałem wysokie oczekiwania co do tego tytułu na starcie a dostałem chyba nawet więcej niż oczekiwałem. W skrócie, w komiksie mamy przygody tytułowego kaczora, który z powodu chwilowego nałożenia się na siebie wszechświatów trafia do marvelowskiej rzeczywistości ze swojego kaczego świata. Howard z racji swojej postaci w naszym świecie zostaje wyrzutkiem a jego położeniu nie pomaga fakt, że w swoim świecie zdaje się też był taką hmm...kaczką. Chciałoby się powiedzieć, że Kaczor Howard jest naprawdę nietypowym komiksem, ale byłaby to prawda tylko połowicznie. On jest tak naprawdę dosyć typowym komiksem ale nie dla Marvela a dla całego rynku komiksowego lat 70-tych. Howard to swoiste dziecko swoich czasów, wytwór kontrkultury wyraźnie będący pod wpływem undergroundowych komiksów twórców takich jak Robert Crumb czy Trina Williams. Szefostwo wydawnictwa widocznie uznało, że publika jest już gotowa na postać cynicznego abnegata na kaczych łapach i chwała im za to. Sam komiks ma zacięcie mocno komediowe i satyryczne ale jak się można spodziewać po rodowodzie mocno jednocześnie "zaangażowany", przemoc i narkotyki na ulicach, nierówności społeczne, obłuda sekt, miałkość kultury i sztuki, przekupność i amoralność świata polityki i biznesu a także zwykłe ludzkie wady tkwiące w każdym z nas, to właśnie skomentuje Howard z nieodłącznym cygarem w dziobie, znaczy się jest śmiesznie (momentami bardzo), ale często się zdąża, że jest to uśmiech przez łzy. Jednocześnie Gerber nie zapomina skąd się wywodzi i nasz bohater będzie musiał się zmierzyć z całą galerią superłotrów, oczywiście są to czarne charaktery na miarę naszego kaczora oraz miasta w którym on wylądował czyli Cleveland. Spotka się więc po kolei z Gorko morderczym Człowiekiem-Żabą, Bessie krową-wampirem (kto się nie zaśmiał w scenie schwytania Howarda przez policję w momencie gdy stoi on nad ubranym w płaszcz zwierzakiem przebitym kołkiem ten musi być ponurakiem), wspólnie ze Spider-Manem uwolni z łap złowrogiego czarownika rudowłosą barbarzynkę Beverly Switzler, która okaże się post-hippisowską modelką pozującą nago i zostanie drugą pierwszoplanową postacią komiksu, jednocześnie natchnieniem, kołem zamachowym i kochanką (w domyśle) naszego kaczora, kosmicznym Człowiekiem-Rzepą, ulicznym rozrabiaką rodem z tanich filmów z Chuckiem Norrisem gdy "iluzoryczność czasu" oraz "wola osiągnięcia sukcesu" umożliwi mu zakończenie wieloletniej nauki kung-fu w  3 godziny i 17 minut, oraz nieletnią wariatką usiłującą w swoim zamczysku wypiec nowego potwora Frankensteina. Rysunki Colana jakie są zainteresowani wiedzą, niezainteresowani mogą sprawdzić w internecie. Ja osobiście bardzo lubię ten styl lat 70-tych, 80-tych a artystów takich jak Adams, Claremont, Steranko czy Starlin uważam za jednych z najbardziej utalentowanych w branży. Na ich tle Colan z pewnością nie ma się czego wstydzić, co ciekawe w posłowiu są umieszczone słowa Gerbera w których twierdzi on, że Kaczor Howard był tworzony tak, aby nie być podobnym do Kaczora Donalda a to co widzę na karkach zdaje się przeczyć temu co on mówi. Obydwie postacie są strasznie podobne do siebie i nie wątpię, że był to efekt zamierzony (zresztą żartów nawiązujących do postaci innych wydawnictw/wytwórni jest ukrytych więcej). W podsumowaniu, czy mogę nie polecić jednego z najmniej marvelowskich komiksów z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. NIE. Polecam z całego serca, świetna rozrywka ale raczej dla dorosłego czytelnika (a tak mimochodem sprawdziłem i nowa seria przygód Howarda zbiera bardzo dobre opinie, może by tak ktoś kiedyś u nas to?). Ocena 9/10.


  "WKKM Spider-Gwen:Ścigana?" Jason Latour, Robbi Rodriguez. Właściwie ten komiks, powinien trafić do punktu poniżej, ponieważ po dowiedzeniu się o co mniej więcej w nim będzie "biegać", moje oczekiwania w stosunku co do niego wynosiły mniej niż zero, ot pewnie kolejny tęczowy wymiot ze stajni opanowanej przez polityczną poprawność, pomyślałem. I szczerze mówiąc nie jestem pewien czy miałem rację czy nie, natomiast sam komiks jest, hmmm... z braku lepszego określenia powiem czarujący. Fabularnie mamy tutaj pierwszy występ Spider-Mana a raczej Spider-Woman z rzeczywistości równoległej a jest nią nie kto inny a bardzo lubiana przez czytelników od dawna nie żyjąca w "naszej" rzeczywistości Gwen Stacy. Latour w niezwykle umiejętny sposób miesza w swoim kotle wszelkie składniki, które uczyniły mitologię Spider-Mana tak smakowitym daniem. Gwen osiąga swoją wiedzę w dziedzinie "z wielką mocą, przychodzi wielka odpowiedzialność" ni mniej ni więcej niż za sprawą śmierci Petera Parkera, który najwidoczniej chcąc zaimponować dziewczynie swoich marzeń pichci jakąś miksturę, która przemienia go w Lizarda (dowiadujemy się tego za pomocą retrospekcji, nie wiem czy istnieje jakiś komiks, który dokładnie przedstawia genezę Spider-Gwen), napędzana wyrzutami sumienia bohaterka oskarżona o śmierć Petera rusza w miasto, aby odpokutować swoje wyimaginowane bądź też nie winy.  Sprawy z pewnością nie będą jej ułatwiać ją J.J.Jameson prowadzący starożytnym obyczajem prasową krucjatę przeciwko "morderczyni", ścigający ją kapitanowie NYPD George Stacy oraz Frank Castle (tak, tak ten sam scena z jego pojawieniem się w masce pgaz. to mega-kozioł), Adrian Toomes aka Vulture, Matt Murdock jako złowrogi prawnik Kingpina oraz zołzowata Mary Jane Watson frontmenka zespołu rockowego the Mary Janes w którym Gwen występuje "po cywilu" jako perkusistka. Brzmi znajomo? Jasna sprawa, wszystko to już było ale ukazane tutaj jako odbicie w krzywym zwierciadle jest jednocześnie zadziwiająco orzeźwiające. Kolejną rzeczą sprawiającą, że jestem "za" są rysunki Rodrigueza dzięki którym każdy jeden kadr oglądałem z wielką przyjemnością. Tym swoim cartoonowym, dynamicznym stylem podchodzącym nieco pod klimaty lubianych przeze mnie Bachalo i Ramosa, ale raczej bez naciągania ludzkiej anatomii, na dodatek zaznaczając wszystkie kontury ostrym akcentem ołówka, neonowe wwiercające się przez oczy prosto w mózg kolory (sporo różowości) doskonale wpasowują się w konwencję komiksu młodzieżowego o nastolatce. Lupoi coś tam wspomina w przedmowie, że projekt kostiumu Gwen jest powszechnie uważany za najlepiej zaprojektowany przez Marvel na przestrzeni ostatniej dekady, nie wiem czy to prawda bo pewnie wszystkich nie widziałem, ale ten jest faktycznie absolutnie zachwycający. W podsumowaniu nowo-stare otwarcie przesympatycznej Gwen, które dzięki utalentowanemu scenarzyście i nie ustępującemu mu rysownikowi wcale nie wygląda na "jest bo jest, bo ma być parytet" powinno się spodobać zarówno młodemu czytelnikowi jak i staremu weteranowi. No i wicie/rozumicie Egmoncie ja rozumiem, że Avengers czy X-Men trzeba wydać niezależnie od poziomu, ale po Silver Surferze to wygląda mi na kolejną serię Marvel Now, która wstyd że się nie ukazała na naszym rynku. Ocena 8/10.



2. Zaskoczenie na plus:
  "WKKM Wolverine i X-Men:Nowy Początek" Jason Aaron, Chris Bachalo, Nick Brodshaw. Kolejny komiks, który przed przeczytaniem określiłem jako "pewnie jakieś g-o" i któremu muszę zwrócić honor. Momentem wyjściowym dla historii, jest próba otwarcia nowej szkoły dla utalentowanej młodzieży, która ma miejsce już po śmierci Profesora X oraz rozłamie w podstawowej drużynie X-Men. Dyrektorem zostaje nie kto inny jak sam Logan, który stara się przygotować szkołę do kontroli stanowej w czym pomagać będą wicedyrektor Kitty Pryde, główny księgowy Bobby Drake, naczelny wykładowca Henry McCoy oraz woźny Toad. W końcu co może pójść źle w szkole w której uczniowie władają niepojętymi mocami nad którymi nie zawsze sprawują kontrolę, wykładowcy wcale nie są specjalnie stabilniejsi, fundamenty są postawione na żywej wyspie, po jej terenie hasają nieprzeliczalne ilości psocących chochlików wyraźnie spokrewnionych z Nightcrawlerem a dzień inspekcji zostaje wybrany na moment ataku na placówkę przez młodociany Hellfire Club? Wiadomo wszystko. Cóż, komiks ma wyraźnie komediowy charakter, nie jest to może humor najwyższych lotów, momentami robi się tak slapstickowo, że byłem pewien, ze ktoś w tym całym rozgardiaszu nadepnie na grabie (tak się nie stało a chyba jednak szkoda) ale też nie ma na co narzekać, idzie kilka razy się uśmiechnąć a fabuła choć nie zawsze sensowna (motywy drugiego ataku na szkołę są strasznie absurdalne) to na tyle umiejętnie utkana przez Aarona, że czyta się ją z przyjemnością. Siłą tego komiksu nie jest tak naprawdę ani humor ani sens, ale to co legło u podstawy oryginalnych X-Men a mianowicie relacje pomiędzy członkami grupy. Autor sadza przy szkolnych ławach młodocianych kandydatów do nowej drużyny mutantów i tak jak ich poprzednicy każdy z nich stanowi swoistą indywidualność i każdy będzie dopiero próbował znaleźć swoją grzędę w nowym miejscu (wzorem wszelakich filmów ala "Breakfast Club" mamy i typ sportowca i buntownika bez powodu i outsidera i kujona, brakuje tylko lali w stylu cheerleaderki i dziwaczki która okaże się fajna, ale może Aaron kogoś jeszcze dołączy). Naprawdę możliwości na interakcje zachodzące pomiędzy bohaterami są bardzo duże, co dobrze wróży na przyszłość, seria X-Men od dawna potrzebowała takiego odświeżenia-restartu. Postacie rozpisane są bardzo przyjemnie  z wyraźnie zaznaczonymi cechami charakteru, ale czuć że mają swój potencjał a czytelnik dosyć szybko zaczyna odczuwać do nich sympatię. Ich projekty graficzne też są naprawdę w porządku (mały Brood w swoim szkolnym mundurku i okularach wygląda przeuroczo, idealny materiał na maskotkę), Bachalo sprawuje się bardzo dobrze i ze swoim stylem doskonale pasuje do rozrywkowego klimatu serii, Bradshaw też nieźle chociaż tutaj już mało oryginalnie. W kilku słowach na koniec zatem lektura lekka, łatwa i przyjemna, co dosyć znaczące to po Spider-Gwen kolejny komiks dla młodszego czytelnika, który przypadł mi do gustu o wiele bardziej niż reszta czytanych ostatnio marvelowskich smętów. Może to dlatego, że nawiązują do czasów kiedy komiksy superhero miały być przede wszystkim fajne? Tak czy siak pod wpływem tej lektury zakupiłem serię wydaną przez Egmont, mam nadzieję że poziom raczej nie spada. Ocena 7/10.



3. Najgorszy:
  "WKKM Thor Gromowładna" - Jason Aaron, Russel Dauterman. Hmmm...nie za bardzo wiem od czego zacząć, może od tego, że po lekturze dostałem jakiejś martwicy mózgu. Historia zaczyna się zdaje się niedługo po wydarzeniach przedstawionych w Original Sin. Thor wysłuc**je z ust Nicka Furyego kilka słów niewiadomej treści i ni stąd ni zowąd przestaje być "godny" swego młota Mjolnira. Na stanowisku największego obrońcy Asgardu jest chwilowy wakat, ale że natura nie znosi próżni zjawia się inna osoba "godna" dzierżenia boskiej broni, a jest nią kobieta i to nie kto inny jak Jane Foster (wiem, że wyprzedzam nieco fakty, ale korzystając z promocji w Merlinie zakupiłem nieopatrznie drugi tom). Właściwie cały ficzer tego albumu polega na tym, że Foster biega po kadrach i powtarza w kółko, że jest godna noszenia młota a w tym czasie Thor rozpacza i powtarza, że przestał być godny i musi się dowiedzieć kim jest tajemnicza kobieta. Fabuła jakaś tam jest, bohaterka stacza bój z szefem Roxxonu przemienionym w minotaura, Malekithem królem Czarnych Elfów oraz Lodowymi Olbrzymami, ale rozmazuje wszystkich po ścianach bez problemu bo w końcu 5 stron wcześniej okazała się godna młota. Dosyć ciekawe wydaje się, że Jane sama siebie nazywa się Thorem, widocznie Thor to nie jest imię skandynawskiego boga tylko jakiś tytuł równie przechodni co puchar mistrzostw świata w piłce nożnej. Thor się nazywa teraz Odinsonem, ale nawet autor unika wyraźnie bezpośredniego zwracania się do niego w stylu "hej Odinsonie", tylko wszystkie inne postacie mówią mu per ty, ciekawe czy jakby Skandynawowie nazwali swego boga gromów Bogdan to Jane też zostałaby Bogdanem? Jakoś nie bardzo mogłem dojść do tego, jakim cudem skoro młot obdarzał wcześniej Dona Blake'a mocą i osobowością Thora, to właściwie czym została obdarzona Foster skoro stary Thor jest nadal sobą tylko ze zmienionym imieniem? Autor nie uznał za stosowne wytłumaczyć tego zwykłemu śmiertelnikowi, wystarczy stwierdzenie że ona jest godna a jeżeli nawet jest to sprzeczne z logiką to tym gorzej dla logiki. Nie wiem może powinienem być wdzięczny Aaronowi, że nowym Thorem nie została Misty Knight chociaż z drugiej strony jak dla mnie on byłaby bardziej godna tego tytułu (dlaczego właściwie Jane Foster jest godna w sumie też się nie dowiadujemy tak samo jak tego jakim cudem chora na raka kobieta podnosi młot na księżycu). Rysunki Dautermana, prezentują się całkiem nieźle, jest efektownie i kolorowo, momentami tak bardzo że nie widać na obrazkach co się dzieje, ogólnie na plus ale do komiksowego Hall of Fame ich autor raczej wstępu nie dostanie. Nie wiem, może ja jestem jakimś seksistą, ale jak na mój gust to seksistowski jest ten komiks, Odyn zostaje czarnym charakterem a jego miejsce przejmuje Freja gwiazda nadziei w morzu męskiej głupoty i szowinizmu, a Titania podczas pojedynku daje się okładać młotem po twarzy w imię jak to sama twierdzi "girl power" (to nie żart, chociaż może w sumie miał nim być) a ja cały czas nie widzę ani jakiegokolwiek rozsądnego powodu ani logicznego wytłumaczenia tego, że żeńska postać przejmuje imię i moce Thora. Jedyne co mi to to, że autor najpierw sam sobie sformatował łeb że Thor ma być kobietą i wuj a teraz próbuje to samo zrobić czytelnikom. Kompletnie skandaliczne są za to jego złote myśli umieszczone w posłowiu dzięki którym dowiadujemy się, że pomysł tej serii nie powstał z dnia na dzień tylko jest "naturalnym elementem opowieści rozwijającej się przez dekady" (fakt dla opowieści powstałej na bazie  mitologii wikingów niezwykle naturalnym jest to, że bóg-wojownik zmienia płeć), a jak się komuś nie podoba to się może iść walić (tak to odczytałem). Wiesz co Aaron sam się idź wal, nie muszę kupować tych twoich pierdół i więcej nie będę. Nie wiem może moje rozgoryczenie byłoby mniejsze gdyby nowa seria Thora była dobra, tylko że ona taka nie jest. Ocena 3/10.

  Drugi najgorszy "WKKM Naprzód Avengers!" - Brian Bendis, Mark Bagley. Brawo kolejny kasztan Marvela ze znaczkiem A w tytule. Komiks jest zdaje się początkiem nowej serii o Avengers wydawanych w ramach Marvel Now, ja zdaję sobie sprawę, że jest on skierowany do młodszej widowni, ale na litość boską nie bardzo rozumiem dlaczego dzieciaki traktuje się jak kretynów co łykną każdy nonsensowny kit? Tak zwana fabuła rozpoczyna się w momencie ataku na wojskowy konwój z którego zostaje skradziona...chwila oczekiwania w napięciu...kopia kosmicznej kostki stworzona przez naukowców USA!!!!TADAM!!!! Zaskoczeni? Ja też, Ameryka już tak zabrnęła daleko technologicznie, że potrafi stworzyć kosmiczną kostkę, ale jednocześnie żołnierze ją eskortujący jadą Abramsami i uzbrojeni są w karabinki M4, które co można z góry złożyć przy próbie jej kradzieży przez złodzieja obdarzonego jakimiś niezwykłymi zdolnościami (w tym wypadku zamiany swojego ciała w wodę) są równie przydatne co packa na muchy. Próba ta pomimo "przypadkowego" wmieszania się w nią Hulka okazuje się udana. Dalej przeskakujemy w inne miejsce i znowu kolejna próba kradzieży jakiegoś artefaktu tym razem przez postać wyglądającą na minotaura po chwili młócki przenosimy się na transkopter SHIELD, gdzie wrogowie ukazują się w pełnej okazałości i wychodzi na to, że są nijaką grupą Zodiak której członkowie mają wygląd i posiadają moce związane ze wszystkimi znakami zodiaku, właśnie po tym jak już się załapią na wstrząsy od Avengers w pełnym składzie, na scenę wchodzi ich zleceniodawca, którym okazuje się...Thanos. Tak kur...ka ten sam szalony tytan, który tańcował ze śmiercią i pragnął zostać bogiem, aby wymordować cały kosmos. Autor wciska nam kit, że jeden z najpotężniejszych łotrów Marvela, arcyłotr na skalę kosmiczną wynajął jakichś lamusów z 4 ligi, aby wykradli dla niego skarby SHIELD. W jaki sposób on sięz nimi wogóle skontaktował? Telefonem? W jakiej ma sieci ma komórkę Verizon? Vodafone? Może na Facebooku ich wynalazł? Ten pomysł jest tak idiotyczny, że powinni mu postawić pomnik jakiś. Tak czy inaczej Thanos dostaje to co chciał, na arenę wlatują Strażnicy Galaktyki i w tym momencie mimo że jesteśmy dopiero w połowie "fabuła" się kończy, bo dalej dostajemy rozpisaną na 4 zeszyty jednostajną młóckę obydwu supergrup z Badoonami i Tytanem, którą zakończy wystrzał z jakiegoś laserowego działa przez Thora. Za rysunki odpowiada Mark Bagley, przez sporą liczbę komiksiarzy zdaje się ceniony a którego ja raczej nie lubię. Trzeba przyznać jednakże, że styl od czasu teemsemikowego Pająka się jednak zmienił, jest całkiem spoko, kolorowo,dosyć atrakcyjnie i dynamicznie. Rysunki na plus z wyjątkiem Rocketa, który znowu zamiast na szopa to wygląda na cierpiącego na biegunkę pekińczyka. W podsumowaniu, dostajemy tutaj komiksowy bezfabularny śmieć, obecność tego wątpliwej jakości dzieła jest dla mnie w kolekcji zupełnie nie zrozumiała. Jeżeli ktoś nie lubi naprawdę starych superbohaterskich komiksów to musi być świadomy, że to Avengers przypomina mocno te muzealne starocie z lat 50-tych umieszczane na końcu w WKKDC, tylko że jest jeszcze bardziej nonsenowne i puste scenariuszowo a dla niepoznaki przebrane w nowoczesne rysunki. Ja wiem, że nie każdy komiks musi być mądry, ale na litość boską nawet ze zwykłego akcyjniaka powinno dać się wycisnąć jakąś rozsądną historię. Ocena 3/10
« Ostatnia zmiana: Listopad 10, 2018, 11:28:17 am wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Offline SkandalistaLarryFlynt

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #247 dnia: Listopad 10, 2018, 10:46:55 am »
No i okazało się, że tak się rozpędziłem iż przekroczyłem 20000 znaków


4. Zaskoczenie na minus:
  "WKKM Grzech Pierworodny" - Jason Aaron, Mike Deodato. Kolejny komiks autora, którego pokochałem za Skalp a którego marvelowskie produkty coraz to mocniej mnie rozczarowują. I niestety muszę przyznać, że w tym przypadku wcale mnie Aaron do siebie bardziej nie próbuje przekonać. Punktem wyjściowym dla całości, jest odnalezienie ciała zamordowanego Watchera. Tak ktoś zabił nikomu nie wadzącego sympatycznego nomen omen łysola i na dodatek wyłupił mu oczy, toteż zgrana jak zwykle (czyli nie bardzo) paczka różnorodnych bohaterów postanawia tę zagadkę rozwikłać. I tutaj zaczynają się schody, paczka dzieli się na kilka grupek i rozlatuje się w różne miejsca na ziemi i w kosmosie i rozpoczyna śledztwo, tylko problem w tym, że nie bardzo wiadomo dlaczego oni podążają tam gdzie podążają. Przykład - jedna z grupek trafia do podziemnej jaskini pełnej trupów demonów. W jaki sposób trafili na ten "trop"? Nie mam zielonego pojęcia tak samo dzieje się w każdym innym przypadku, nie wiem może mi się kartki posklejały, albo Hachette to wydało bez 2 czy 3 zeszytów pośrodku? Żeby jeszcze bardziej zagęścić sytuację okazuje się, że w posiadaniu jednego z oczu oraz arsenału ze zbrojowni jest nijaki 3-ligowy łotr Midas (równie sensowne jak nie bardziej byłoby to, że to Green Goblin na swoim gliderze leci na Księżyc) oraz jego córka rodem z A klasy a także kompletnie absurdalny pomagier Orb, który zamiast głowy ma gałkę oczną a który z racje tego, że wchłania w siebie oko Uatu, które zawierało wszystko co on widział...ple,ple,ple...i te tajemnice wydostają się na światło dzienne i bohaterowie się na siebie obrażają...ple, ple, ple...i się ludzie biją na ulicach i świat się skończy już niedługo. Tak czy inaczej jakimiś cudownymi metodami okazuje się, że zabójcą Watchera jest Nick Fury, który na dodatek od samego początku kariery dorabiał po godzinach jako swego rodzaju "Men in Black" i on odpowiada za wszystkie zwłoki na które po drodze natykali się detektywi. Pomysł wydaje się trochę wyjęty nie powiem skąd , owszem ma pewien czar i miałby nawet sens gdyby tylko Aaron zastosował właściwie proporcje i mocno sobie ściągnął lejce. Ale nie, Fury okazuje się po cichu morduje całe cywilizacje zagrażające Ziemi, morduje żywą planetę ala Ego, morduje przybyszy z innych wymiarów, morduje demony i bogów bo chroni naszą planetę. Na litość boską gość jest weteranem II Wojny Światowej, na co nam Avengers czy inna Fantastyczna Czwórka, jak zawita do Układu Słonecznego Galactus to może lepiej wypuścić Nicka Fury'ego w skafandrze kosmicznym i z ckm-em niech mu też zrobi dziurę w czole? Ogólnie na myśl mi przyszło, że skoro jeden facet wymordował już pół wszechświata, to może zamiast chronić ziemię przed kosmicznym zagrożeniem to powinno się chronić resztę Kosmosu przed Ziemią? Same motywy zabójstwa Watchera też są dla mnie odrobinę niejasne, Uatu coś tam bąka, że jest już zmęczony, coś tam Nick bredzi, że Obserwator nie powinien być neutralny, bo wszystko już widział i wszystko wie i powinien interweniować bo mógłby ocalić wiele żyć, i wogóle kitra tyle broni w magazynie, że można by spokojnie wymordować drugą połowę Wszechświata aby ocalić Ziemię, i tajemnice wszystkie zna i co będzie jak mu je ukradną? Jak koleś, który przez ostatnie 70 lat był wydymany przez Hydrę we wszystkie otwory ciała, którego organizacja szpiegowska była po 100 razy zinfiltrowana przez wszystkich od Sekretnego Imperium po Maggię, ma czelność zarzucać komuś, że mu mogą tajemnice ukraść? Na koniec jeszcze tradycyjne łubudubu z tymi wujowymi czarnymi charakterami i przejęcie pałeczki po Watcherze przez jego zabójcę dzielnego agenta Stirlitza przepraszam Fury'ego i koniec. Rysunki Deodato muszę przyznać mi się podobają , o ile sama kreska choć ładna jest dosyć standardowa dla gatunku to już kolorowanie jest całkiem ok, barwy są mocno stonowane, postacie często znajdują się w raczej ciemnawych miejscach, twarze ukazane są w półmroku. Ma to zapewne nawiązywać do klimatów noir i wychodzi całkiem przyzwoicie. Hachette nie wiadomo dlaczego wydało to w dwóch tomach, na co szkoda było miejsca dosyć sporo miejsca zajmuje komiks z Young Avengers, trochę jest jakichś krótkich historyjek nawiązujących do głównej fabuły. Ani to wszystko fajne, ani śmieszne, ani znaczące dla głównej linii fabularnej, typowe zapychacze. Ogólnie widać było, że Aaron miał jakiś pomysł na ten komiks, sama próba napisania kryminału w świecie Marvela jest godna pochwały. Dosyć fajnie zestawione są pary prowadzących śledztwo (Punisher i Dr. Strange na topie), ale to wszystko nie ma rąk i nóg. Może Aaron powinien rozrysować ogólne założenia i dać to komuś do napisania kto potrafi to zrobić? Detektyw zanim pojedzie przesłuchać świadka, musi najpierw wejść do baru i się zapytać czy ktoś coś widział, no nie da sie tego inaczej zrobić, kolejne posunięcia postaci muszą wynikać z jasnych i logicznych powodów. Jak widać dobrze napisać taką historię nie jest łatwo, Loeb popełnił identyczne błędy przy "Halloween" tam też wszystko było takie z dupy wyjęte, tylko że tamten komiks bronił się rysunkami i klimatem. Ten nie bardzo. Ocena 5+/10.

W tym miesiącu dodatek specjalny, co prawda czytałem w poniedziałek, ale wrzucam jeszcze w październik:

  "Waleczni" - Jeff Lemire, Matt Kindt, Paolo Rivera. Universum Valiant, jest raczej mało znane polskiemu czytelnikowi, ja osobiście znałem wcześniej tylko "Quantum & Woody" raczej znanego wszystkim tutaj wydawnictwa (całkiem fajny), postaci Bloodshota która jest na tyle charakterystyczna że raczej ciężko ją zapomnieć, jednego amerykańskiego zeszytu serii HARD Corps, który ponad 20 lat temu przypadkiem wpadł mi w ręce, oraz gry Iron Man & X-O Manowar In Heavy Metal, czyli w sumie raczej wcale. Za scenariusz odpowiada Jeff Lemire (do spółki z Mattem Kindtem), mocno polecany przez niektórych forumowiczów, a którego żadnego jeszcze komiksu nie czytałem (Czarny Młot dalej kurzy się na półce) co mocno wzmogło moją ciekawość. No i muszę przyznać, że jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony. Mini-seria Valiant stanowi zdaje się nowe otwarcie dla całego uniwersum, na początku poznajemy jakąś wariację na temat Nieśmiertelnego - Gilada wiecznego wojownika, którego zadaniem od zarania dziejów jest ochrona Geomantów. Czym lub kim są owi Geomanci właściwie nie wiadomo, można się domyślać jedynie po ich tytule czym się zajmują a na których wiecznie poluje jeden i ten sam Nieśmiertelny Wróg. Gilad ze swojego zadania wywiązuje się raczej średnio, żeby dosadniej nie powiedzieć wujowo i przez kilka następnych stron oglądamy jak w różnych przedziałach czasowych Geomanci są mordowani a NW zostawia na twarzy Gilada kolejną szramę. W końcu przechodzimy do "naszych" czasów i historia zatacza kolejne koło. Urząd przejmuje nowa Geomantka Kay McHenry (wydaje się, że zawsze jest tylko jeden by wszystkimi rządzić) a wraz z nią budzi się po raz kolejny Wróg. Tym razem jednak Gilad nie będzie osamotniony w walce, o całej sprawie wie MI6 oraz wymyślona organizacja GATE i na pomoc klecą mu Valiantowy odpowiedni Avengers złożony zdaje się z najbardziej znanych bohaterów uniwersum czyli Bloodshota, Ninjaka, XO-Manowara oraz Armstronga - nieśmiertelnego alkoholika brata Galida, który w komiksie najwidoczniej ma pełnić rolę trefnisia/mędrca. Ogólnie w nawalance z czarnym charakterem weźmie udział sporo więcej postaci (nie wiem czy wszyscy to bohaterowie innych komiksów, napewno są tam Quantum, Woody i ich koza). Nieco mieszane uczucia mam co do oprawy graficznej, z jednej strony rysunki Rivery są same w sobie całkiem ładne (momentami nieco trącą Hellboyem) z drugiej niektóre sceny akcji a jest ich przecież sporo, wyglądają mało dynamicznie i nieco sztucznie. Rysownik widocznie o wiele lepiej czuje się w scenach "gadanych", niektóre z nich są naprawdę pomysłowo i nastrojowo przygotowane, na wielki plus napewno tych kilka plansz autorskich Lemire pomysłowo wrzuconych pomiędzy normalną historię. Jak dla mnie raczej średnie są też projekty samych postaci, tak nieco generycznie one wyglądają. Bloodshot nie wiedzieć dlaczego jak flaga Japonii, XO Manowar jak każda jedna postać z dowolnej strzelaniny FPP science fiction (a najbardziej jak Samus z Metroid), Ninjak jak to ninja z modnym ostatnio wycięciem na górze aby czuprynę było widać (wypisz wymaluj Jago z Killer Instinct, że też mu się jakiś nietoperz nie wkręci na jakiejś nocnej akcji, jego postać bardziej by ożywił fryz na japońskiego czerwonowłosego emo-gota moim zdaniem) a już szczytem szczytów jest Gilad, który od czasów średniowiecza chyba jeszcze się nie zdążył przebrać i wygląda jak Aragorn z bliznami na ryju i wielkim toporem (cały czas tak chodzi, w tłum mógłby się wmieszać chyba tylko na konwencie fanów fantastyki, na litość boską przecież Christopher Lambert zrzucił śmierdzący owcami kożuch jak się czasy zmieniły). Reszta bohaterów też nie zwróciła mojej uwagi, laska z irokezem, laska z kucykami, chłopak z kuszą, fircyk z pistoletami - coś w ten deseń. Za to na wielkie oklaski zasługuje projekt Nieśmiertelnego Wroga, wygląda świetnie i sprawia groźne wrażenie (nie tylko sprawia on jest groźny, to widać, słychać i czuć), dawno już nie widziałem tak dobrze wprowadzonego nowego złoczyńcy. Sam komiks wpada w nieco horrorowate klimaty, historia jest prowadzona przez autorów wyśmienicie, zasiadłem przy lekturze na chwilę tylko zacząć i przeczytałem całość jednym tchem co raczej nie zdarza mi się nazbyt często. Dla niektórych wadą może być niewielka ilość interakcji pomiędzy bohaterami, ale to z pewnością będzie wszystko w innych komiksach, tutaj na pierwszy plan wysuwa się znajomość Kay i Bloodshota. Sam Blood wydaje się wielce obiecującą postacią o sporym potencjale dramatycznym (takie skrzyżowanie Franka Castle z Alexem Murphy), chociaż chyba o nieco przegiętych możliwościach (regeneracja to chyba na poziomie Deadpoola plus kontrola elektroniki) o innych bohaterach póki co nie powiemy zbyt wiele. Wydanie KBOOM, zwłaszcza jak na pierwszy komiks jest naprawdę przyzwoite, komiks wygląda jak typowy miękkokładkowiec Egmontu, tłumaczenie zdaje się w porządku, błędów ortograficznych ani gramatycznych nie zauważyłem aby któreś zdanie nie miało sensu, w dodatkach alternatywne okładki i plansze z komentarzami kto i jak wpadł na dany pomysł - ciekawe całkiem, przydałoby się jeszcze ze 2-3 strony od wydawcy na temat samego universum, jakieś małe who is who, wyjaśnienie status quo całego świata (to niby jakiś nowy start jest a postacie wyraźnie się znają), tak żeby zielony czytelnik a pewnie będzie to jakieś 95% kupujących miał jakiś punkt zaczepienia. Na minus to, że strona tytułowa wygląda jakby miała ochotę odfrunąć. W podsumowaniu, teraz jestem przekonany co do tego, że Lemire to gość zdecydowanie wymagający mojej większej uwagi, skoro z w gruncie rzeczy prostej nawalanki potrafi wyciągnąć tak fajną historię to jak sobie daje radę w pełni autorskich scenariuszach? Jak się ktoś zastanawia czy kupić, to mówię zdecydowanie brać, naprawdę dobry wciągający scenariusz, który ma ręce i nogi (słyszysz Bendis? To do Ciebie i twojego przypałowego Avengers Assemble), umieszczony w oryginalnym świeżym dla nas uniwersum, z nieoczywistym jak na superhero zakończeniem i okraszony niezłymi rysunkami. Jeżeli tak wygląda reszta komiksów Valiant to "kupuję to za dolara". Ocena 7+/10.
« Ostatnia zmiana: Listopad 10, 2018, 10:51:42 am wysłana przez SkandalistaLarryFlynt »

Offline radef

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #248 dnia: Listopad 10, 2018, 11:00:09 am »
Na ich tle Colan z pewnością nie ma się czego wstydzić, co ciekawe w posłowiu są umieszczone słowa Gerbera w których twierdzi on, że Kaczor Howard był tworzony tak, aby nie być podobnym do Kaczora Donalda a to co widzę na karkach zdaje się przeczyć temu co on mówi. Obydwie postacie są strasznie podobne do siebie i nie wątpię, że był to efekt zamierzony (zresztą żartów nawiązujących do postaci innych wydawnictw/wytwórni jest ukrytych więcej).
Sam Garber na 1. stronie "Giant-Size Man-Thing #4" dziękuję Carlowi Barksowi (który jest podpisany jako duchowy przewodnik), więc jego gadka wiele lat później jest chyba wynikiem tylko tego, że nie chciał toczyć żadnych prawnych sporów z Disneyem.
Czytaj Kaczą Agencję Informacyjną - http://www.komiksydisneya.pl/
Kupuj na Book Depository wspierając KAI - http://www.bookdepository.com/?a_aid=kaczaagencja

Offline SkandalistaLarryFlynt

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #249 dnia: Listopad 10, 2018, 11:13:22 am »
  No nie chyba tylko napewno. Co z tego, że mówi że nie mieli być do siebie podobni skoro są? Nie da się tego ukryć Howard w założeniu miał być nowym Donaldem dla nowej Ameryki, takim który wrócił z wietnamskiej dżungli.

Offline LordDisneyland

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #250 dnia: Grudzień 18, 2018, 06:29:38 pm »
Listopad... w ubiegłym miesiącu kupiłem trzechsetną w tym roku pozycję, licząc komiksy oraz książki.
Muszę to jakoś powstrzymywać....chyba...

Kupionych komiksów 14, przeczytane 22 pozycje, siedem po angielsku- zauważyłem, że kupka oryginałów rażąco przewyższa tę z komiksami wydanymi w kraju.

1-Najlepszy komiks zakupiony
Ciężka sprawa. Zwycięzcą jest pierwszy tom zbiorczego wydania Hellboya, bo go przegapiłem w księgarniach, a nagle zapragnąłem jednak mieć na półce ładny komplet.
Z komiksów, których nie czytałem -dziesiąt /set  razy: She-Hulk Byrne'a. Też długo czekałem na ten tytuł. Ładnie się  komponuje z omnibusem Slotta [którym jak widać nie mogę przestać się chwalić :) ]

2-najlepszy komiks przeczytany:
Oj, to był doooobry miesiąc, bardzo mi się podobała "Secret Invasion" z jej atmosferą podejrzliwości, był też "The Tourist", był Sherlock Frankenstein, pierwszy tom Uncanny X-Force,  Ant Man/FF  Allreda, zaskakująco dobry "The Saints-Book of Blaise"...
Ale najlepszą lekturą był jednak "The Vision". OHC Kinga i Walty to jest komiks przez duże K. Każdemu polecam...zwłaszcza mężczyznom żonatym i dzieciatym, którzy chcą, żeby w życiu choć przez chwilę było normalnie i starają się robić wszystko, by to osiągnąć  :) Jeśli zostało wam trochę grosza po zakupach prezentów świątecznych dla siebie i bliźnich, to pora je wydać na ten tom.

3-najgorszy komiks zakupiony:
Gratisowy co prawda, ale słaby strasznie nr1 Teenage Mutant Ninja Turtles [FCBD 2015]. Nic mi się w nim nie podobało. Zresztą nie załapałem się na wejście żółwi i już nigdy potem ich nie polubiłem...

4-najgorszy komiks przeczytany
Oprócz turtlesów ;) - zirytowała mnie pełna uwielbienia dla sowietów i wytworów RWPG [przypomnę młodszym wiekiem kolegom rozwinięcie skrótu- ,,Ruskim Wsio, Paliakom Gawno" ] manga ''Boso na front". Gdyby nie rysunki, które miejscami są naprawdę świetne,  to już bym ją podarował jakiejś ubożuchnej bibliotece.

5-najwieksze zaskoczenie
 Na minus:   Spider Woman i jej reklama banków spermy jako rozwiązania najlepsiejszego dla każdej kobiety. A tak polubiłem scenarzystę za "AvArena"- tymczasem teraz głupie zakończenie popsuło wrażenia z całkiem przyjemnej lektury.  Rozczarowaniem był też trzeci tom MoonKnighta, ale serii nie porzucam.
Pozytywnym zaskoczeniem była pierwsza część  cyklu "Y-Ostatni z mężczyzn", wciągnąłem się, kiedy przeczytałem początek  w egmontowym samplerze Vertigo.  Drugim pozytywem - kupienie za grosze i przez przypadek pierwszego tomu Green Horneta.

To tyle- wracam rozgryzać o co w zasadzie chodzi w drugiej części "Towarzyszy Zmierzchu", jednocześnie ze smutkiem będę zmierzał do końca kompletu "The Skrull Kill Crew". Pozdrawiam, machając  energicznie  macką.
I udanego buszowania pod choinkę- mnie jak na razie Mikołainho szóstego zawiódł, liczę , że będzie lepiej w Wigilię.
« Ostatnia zmiana: Grudzień 18, 2018, 07:28:38 pm wysłana przez LordDisneyland »

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #251 dnia: Grudzień 31, 2018, 01:34:58 pm »
Przepraszam, że chwilę mnie tu nie było, ale jakoś nie mogłem się zebrać do podsumowania. Bądź co bądź już jestem z powrotem i podsumowuję listopad, który był naprawdę wyjątkowy, nie tylko ze względu na moją chorobę, ale bardziej, że dzięki niej udało mi się w końcu przeczytać Strażników!!!

Lektury: Towarzysze Zmierzchu (Egmont), Wolverine: Origin (WKKM, trzecie czytanie), Origin II (Mucha, drugie czytanie), Broń X (WKKM, trzecie czytanie), Fatale t. 1-5 (Mucha), Strażnicy (Egmont), - łącznie 10.

Najlepszy - Strażnicy. Pomimo tego, że w listopadzie przeczytałem parę uznanych albumów, to jednak wiekopomne dzieło Moore’a nie miało sobie równych. Wszystko, co słyszeliście o tym komiksie, to prawda, łącznie z tym, że jest „powieść graficzna wszech czasów”. Mamy tu wszystko z czego słynie ten album: dekonstrukcja mitu superbohaterów, nader ciekawa zagadka kryminalna, która dość szybko przeradza się w jeszcze ciekawsze political fiction, a do tego realistyczne rysunki Gibbonsa, które wprawdzie nie wyróżniają niczym szczególnym jeśli chodzi o manierę mainstreamu z lat 80’, ale jednak w zaskakujący sposób przykuwają oko. Ten album można chwalić na różne sposoby, ale już chyba wszystko było o nim opowiedziane, więc nie ma co strzępić klawiatury i po prostu go polecić (zresztą tak jak pozostałe dzieła mistrza Moore’a).

Najgorszy – Origin II. Jak za pierwszym razem przeczytałem tą historię to nie wzbudziła we mnie aż tak negatywnych uczuć. Ale teraz, a w szczególności w zestawieniu ze świetnym pierwowzorem, patrzę na ten album bardziej krytycznym okiem i jednoznacznie stwierdzam, że jest najzwyczajniej w świecie słaby. Żaden bohater, z Loganem na czele, nie przykuł mojego oka, przez w ogóle nie interesowałem się ich losami. Nawet zgoła ciekawy motyw ujawnienia się kolejnych mutantów przechodzi zupełnie bez echa, a próbujący ich odnaleźć naukowiec, czyli główny vilian, jest nijaki i na wskroś głupi (w końcu kto zostaje sam na sam w pokoju z wkurzonym Loganem?). Dobrze, że Gillen nie stara się odcinać kuponów od „jedynki”, ale niestety nie pomaga to w stworzeniu interesującej opowieści. Natomiast samo wydanie Muchy jest godne polecenia, z dodatkowym wycinkiem z procesu twórczego i okładkami alternatywnymi. Tylko tyle i aż tyle.

Zaskoczenie na plus - Fatale t. 4-5. Przyznam się, że długo oswajałem się z tą serią (a było to moje pierwsze zetknięcie z duetem Bru-Phi) i pierwsze tomy mnie nie zachwyciły. Historia i tajemnica okrywająca Jo były jak dla mnie zbyt długo odkrywane, co wpływało na moje ograniczone zainteresowanie poszczególnymi opowieściami. Ale kiedy zakumałem o co chodzi, zacząłem bawić się tym komiksem przednio. Jo coraz bardziej zaczęła mnie oczarowywać (w czym pomagały wspaniałe kadry wykreowane przez Philipsa) i chłonąłem jej historię jak urzeczony. Na pewno wrócę do tej serii, tym bardziej, że będę miał ułatwione zadanie, bo znam jej rozwiązanie  :wink: .Jeszcze mała podpowiedź dla osób, czytających historię Jo: polecam czytać przy lampce czegoś mocniejszego (alkohol pozwala na otwarcie pewnych klapek, które niestety na trzeźwo są zamknięte), a w tle słuchać muzykę z repertuaru Reamonn, w szczególności piosenkę „Josephine”.

Zaskoczenie na minus – Towarzysze zmierzchu. (@Death, jeśli to czytasz, to musisz mi wybaczyć, bo wiem jaką estymą darzysz twórczość Bourgeona.) No nie podszedł mi ten komiks, chociaż może po prostu go nie zrozumiałem. Jeszcze pierwsza część była naprawdę ciekawa, bo choć historia dzieje się w czasach wojny stuletniej, to nie brakuje motywów na pograniczu fantastyki i magii, a takie połączenie faktycznie mi odpowiada. Z kolei druga część to zwrot w stronę fantastycznej opowieści, w której losy trójki bohaterów przeplatają się z przygodami chochlików i niezrozumiałymi dla mnie mitami. Mam świadomość, że przy lekturze tej części należałoby się maksymalnie skoncentrować i przeczytać ja nie raz, ale nic mi to nie pomogło i po prostu nie zrozumiałem tej historii (@LD, mała podpowiedź dla Ciebie  :wink: , może Ty będziesz miał więcej szczęścia). Trzecia część to już typowy komiks historyczny (z niewielką domieszką fantastyki), ale niestety również tutaj poległem i zupełnie rozbity po drugiej części nie potrafiłem wczuć się w klimat historii, przez co czytałem ją bez większego zainteresowania. Pierwsze moje spotkanie z Bourgeonem nie wypadło więc owocnie, ale się nie poddaję i z pewnością w przyszłym roku zakupię Pasażerów wiatru.


Offline Death

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #252 dnia: Styczeń 02, 2019, 03:41:00 pm »
Zaskoczenie na minus – Towarzysze zmierzchu. (@Death, jeśli to czytasz, to musisz mi wybaczyć, bo wiem jaką estymą darzysz twórczość Bourgeona.) No nie podszedł mi ten komiks, chociaż może po prostu go nie zrozumiałem. Jeszcze pierwsza część była naprawdę ciekawa, bo choć historia dzieje się w czasach wojny stuletniej, to nie brakuje motywów na pograniczu fantastyki i magii, a takie połączenie faktycznie mi odpowiada. Z kolei druga część to zwrot w stronę fantastycznej opowieści, w której losy trójki bohaterów przeplatają się z przygodami chochlików i niezrozumiałymi dla mnie mitami. Mam świadomość, że przy lekturze tej części należałoby się maksymalnie skoncentrować i przeczytać ja nie raz, ale nic mi to nie pomogło i po prostu nie zrozumiałem tej historii (@LD, mała podpowiedź dla Ciebie  :wink: , może Ty będziesz miał więcej szczęścia). Trzecia część to już typowy komiks historyczny (z niewielką domieszką fantastyki), ale niestety również tutaj poległem i zupełnie rozbity po drugiej części nie potrafiłem wczuć się w klimat historii, przez co czytałem ją bez większego zainteresowania. Pierwsze moje spotkanie z Bourgeonem nie wypadło więc owocnie, ale się nie poddaję i z pewnością w przyszłym roku zakupię Pasażerów wiatru.
Hehe :biggrin: Nie martw się, istnieje całkiem spore grono osób, które nie lubi Towarzyszy zmierzchu, a Pasażerów wiatru uważa za arcydzieło. Jedną z nich jest scenarzysta innych średniowiecznych komiksów Sławomir Zajączkowski czyli autor np. uwielbianej przeze mnie Wilczej gontyny.
U mnie Towarzysze, Wilcza i Bois-Maury stoją razem na półce i darzą się sporą sympatią. :wink:

Offline laf

Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #253 dnia: Styczeń 03, 2019, 10:37:45 am »
Nie martw się, istnieje całkiem spore grono osób, które nie lubi Towarzyszy zmierzchu, a Pasażerów wiatru uważa za arcydzieło.
Mam nadzieję, że tak będzie również w moim przypadku  :biggrin:

Offline tucoRamirez

  • Zbrojmistrz bracki
  • *****
  • Wiadomości: 1 010
  • Total likes: 0
  • Hijo de una gran puta!
Odp: Bo chodzi o to, żeby plusy nie przesłaniały nam minusów
« Odpowiedź #254 dnia: Styczeń 05, 2019, 09:38:49 pm »
Hehe :biggrin: Nie martw się, istnieje całkiem spore grono osób, które nie lubi Towarzyszy zmierzchu, a Pasażerów wiatru uważa za arcydzieło. Jedną z nich jest scenarzysta innych średniowiecznych komiksów Sławomir Zajączkowski czyli autor np. uwielbianej przeze mnie Wilczej gontyny.
U mnie Towarzysze, Wilcza i Bois-Maury stoją razem na półce i darzą się sporą sympatią. :wink:
Zaskoczenie na minus – Towarzysze zmierzchu. (@Death, jeśli to czytasz, to musisz mi wybaczyć, bo wiem jaką estymą darzysz twórczość Bourgeona.) No nie podszedł mi ten komiks, chociaż może po prostu go nie zrozumiałem. Jeszcze pierwsza część była naprawdę ciekawa, bo choć historia dzieje się w czasach wojny stuletniej, to nie brakuje motywów na pograniczu fantastyki i magii, a takie połączenie faktycznie mi odpowiada. Z kolei druga część to zwrot w stronę fantastycznej opowieści, w której losy trójki bohaterów przeplatają się z przygodami chochlików i niezrozumiałymi dla mnie mitami. Mam świadomość, że przy lekturze tej części należałoby się maksymalnie skoncentrować i przeczytać ja nie raz, ale nic mi to nie pomogło i po prostu nie zrozumiałem tej historii (@LD, mała podpowiedź dla Ciebie  :wink:  , może Ty będziesz miał więcej szczęścia). Trzecia część to już typowy komiks historyczny (z niewielką domieszką fantastyki), ale niestety również tutaj poległem i zupełnie rozbity po drugiej części nie potrafiłem wczuć się w klimat historii, przez co czytałem ją bez większego zainteresowania. Pierwsze moje spotkanie z Bourgeonem nie wypadło więc owocnie, ale się nie poddaję i z pewnością w przyszłym roku zakupię Pasażerów wiatru.
coś w tym jest. Towarzysze zaczynają się łatwo i dosyć gładko, ale kolejne tomy przynoszą powolną ale prawie zupełną zmianę gatunku opowieści. czytelnik, pochłaniający kolejne albumy w krótkim czasie, może dostać lekkiej "schizy". z tego też powodu ten komiks może wydać się trudny w odbiorze. zdecydowanie lepiej przypadkowemu czytelnikowi zaczynać Bourgeona od początkowych albumów Pasażerów (opcja dla lubiących przygodę), bądź pierwszych albumów Cyann (opcja dla fanów sci-fi fantasy).
Z wszystkiego, co kiedykolwiek napisano, lubię tylko to, co autor napisał własną krwią.